Moge w koncu napisac pozytywnie: Mama nie musi zawsze byc sama.
W naturalnych warunkach mama nie jest sama. Dzieci, rowniez niesamotne, bawia sie z innymi dziecmi, rozwijaja w towarzystwie mlodszych i starszych. Ucza sie zycia. Dla odmiany ucza sie nie tylko od mamy. I to przynosi mamie ulge. Mama zajmuje sie swoimi obowiazkami spokojna, ze dzieci, nie-uczepione-nogawki sa tuz nieopodal, moze widzi je katem oka albo przed chwila widziala. A jak nie ona to inna mama. Lub tata:). A gdy dzieci juz spia, mamy spotykaja sie, rozjasniaja ciemnosc plomieniem, dlubia cos moze. I gadaja. Gadaja, wspieraja sie, opowiadaja i sluchaja. Albo spiewaja. Mamy moga sie spotykac codziennie i co wieczor - jesli chca - gdyz spiace dzieci sa bezpieczne w zasiegu sluchu mam.
Tak przynajmniej wyobrazam sobie zycie w wiosce indianskiej. Tak wygladalo nasze zycie na biwaku:). 3 dni odpoczynku w nieco mniej wygodnych warunkach, w nieograniczonej przestrzeni, wypelnionej powietrzem tak czystym, ze zapiera dech w piersiach (wciaz jeszcze pelnych mleka:)). I zapewniam - te kilka dni wystarczyly by uzdrowic wiezi, scalic rodzine, scalic sie ze soba samym. I zwalczyc samotnosc - przynajmniej na 3 dni. Niezamknieta z dzieckiem w czterech scianach potrafilam naprawde w pelni cieszyc sie z tych momentow, kiedy dziecko akurat domagalo sie mojej uwagi. I korzystac z tych, kiedy zupelnie niczego ode mnie nie chcialo:). A drugich tych bylo duzo. Bo wszyscy zajmowalismy sie wszystkimi dziecmi. A przede wszystkim one same soba. Oj tak, calej wioski potrzeba...
Pomysl zrodzil sie sponanicznie. E. na poczatku tygodnia wspomniala ze sie wybiera z dzieciorami pod namiot w srode (gotowa na poswiecenie i ostre tyranie, aby pokazac dzieciom swiat). A my na to ze w srode to jej zyczymi milego, ale juz w niedziele to moglibysmy razem z nia. A potem jeszcze w sobote okazalo sie ze i K jest chetna i maz K z przyjemnoscia wezmie urlop, nic nie szkodzi ze bez wyprzedzenia. I M tez wpadla z rodzina i druga K...
I niewiadomo jak i skad nagle zebralo sie nas 5 rodzin na tym polu namiotowym. I mimo ze kuchenka gazowa byla jedna, i sie zgubila, i na poranna kawe wszyscy czekalismy poltorej godziny, to kawa nigdy nie smakowala tak dobrze. A byla tylko pro forma - bo poranne powietrze budzilo juz pierwszym sztachnieciem:). Nie wiem o ktorej budzilo, bo kto by korzystal z zegarka na biwaku. Dzieci na otwartej przestrzeni brudzily sie tak szybko i tak dokladnie, ze domyc sie nie dalo, a do najblizszego kranu 8 minut spaceru wiec juz nawet nikt nie probowal. Ale byly szczesliwe. Naprawde szczesliwe.
Wracajac do domu, scisnieta w samochodzie z Mezem, Kubusiem i masa sprzetu w myslach planowalam powtorzenie imprezy. Juz w kolejny weekend.
zazdroszcze!!!
ReplyDelete